MY DZIECI BLOKOWISK I NASZE ZABAWY Z LAT 80

wtorek, 26 stycznia 2021

 


Spotykając się w grupie czterdzieści plus, masz właściwie tylko jedną opcję tematu, który można poruszyć. Tematem jest potencjalna śmierć. W związku w tym, że jednak słabo psuć nastrój na początku spotkania, tematy aktualnych pogrzebów lepiej przemilczeć. Zdecydowanie lepiej wskoczyć na tor wspomnień zabaw z lat osiemdziesiątych. Kreatywność dzieci, których pesel zaczyna się od siódemki lub szóstki, była wysoce rozwinięta. W każdej zabawie załączała się nieśmiertelność i tylko cud sprawił, że tyle z nas po tych wygłupach przeżyło. Weekend minął na takich właśnie opowieściach, co w sumie muszę udokumentować, by mieć porównanie chowania obecnie dzieci pod kloszem.

Od najmłodszych lat byłam typem buntownika. Już w żłobku zaliczyłam pierwszą próbę ucieczki, przechodząc przez otaczający piaskownice płot. Miałam niespełna dwa lata i pamiętam to jak dziś. Pamięć jest ciekawym tematem do badań. Pamiętam dużą część dzieciństwa młodszego, zupełnie nie pamiętam końca podstawówki i liceum. Tzn. mam jakieś drobne prześwity, znam nazwiska nauczycieli, pamiętam znajomych, ale nie pamiętam wydarzeń. Ot czarna dziura. Może czas zacząć popijać sok z jarzębiny na poprawę pamięci?

Mając trzy lata, będąc pełnoprawnym przedszkolakiem, pobiłam kolegę z grupy. Konkretnie rozwaliłam mu koncertowo jabłko na głowie, gdyż chcąc okazać mi sympatię, próbował mnie pocałować. Broniąc się przed próbą molestowania, zostałam ukarana klęczeniem w kącie na woreczkach z grochem. Obserwując świat, na temat ofiary i oprawcy nic nadal się nie zmieniło.

Mając lat cztery, byłam fanką młotka, gwoździ, brzeszczotu do drewna oraz kapiszonów, które to najlepiej strzelały walone obcasem butów mamy. Zasada była prosta, miałam tak się bawić, żeby nie utłuc sobie palca, nie odciąć go, ani nie strzelić sobie niczym w twarz. Był jeszcze scyzoryk. Od dziecka miałam jakieś ciągoty do tego typu przedmiotów. Scyzorykiem robiłam wzorki na strzałach do łuku, który sobie robiłam, ale chyba miałam już ok. siedmiu lat. Raz, krojąc ser żółty, nie uważałam. Nóż był duży i ostry, ślad na palcu mam nadal, choć minęło ponad 35 lat od tego czasu. Dotarłam nożem do kości, ale po skosie, więc dość spora część zwyczajnie odeszła od kości. Nie, nie było to szyte. Zasklepiło się pod bandażem.

W szkole miałam bliską koleżankę o dość specyficznym podejściu do życia. Jedyne argumenty, jakie stosowała, były środkami bezpośredniego przymusu. Tak większą część podstawówki zwyczajnie biłyśmy się. Nie ze sobą, z chłopakami. By zniwelować uwagi w dzienniczku, robiłyśmy po każdej akcji klasową gazetkę celem zdobycia uwagi pozytywnej.

W przedszkolu czy szkole miał ktoś jeszcze nad nami kontrolę. Jednak poza murami placówek edukacyjnym było "hulaj dusza, piekła nie ma". My dzieci lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, wychowaliśmy się z kluczem na szyi. Mój klucz raczej był trudny do ukrycia. Mama zainstalowała w drzwiach zamek na klucz niewiele mniejszy od klucza kościoła. Chwilę później wpadła na pomysł obicia drzwi boazerią od strony klatki, zaś w środku zainstalowała wyciszenie z czegoś w rodzaju ekoskóry i gąbki. Był to wystrój zgodny aktualnie panującym trendem. To niestety skutkowało tym, że klucz stał się za krótki do tak grubych drzwi. Mama-pomysłowy Dobromir, MacGyver i Adam Słodowy w jednym, poszła do ślusarza, by ten zrobił stosowne wstawki do kluczy. Tak mój klucz zyskał dodatkowe pięć cm długości, tym samym górując nad innymi kluczami. Jednak noszenie go na szyi nie było zbyt wygodne. Mama miała również poczucie humory, całe przedszkole i szkołę, kupowała mi czerwone rajstopki. Chyba żeby nikt mnie nie przeoczył z nazwiskiem Bocian.

Ostatni dzień wakacji '88 był bardzo słoneczny i zachęcał do zabawy. Podzieliliśmy się na dwa obozy i dostałam się w niewolę w ręce obozu przeciwnego. W celu dopilnowania, bym nie uciekła, koledzy zaprowadzili mnie do swojej bazy, w wyrwę pod wiadukt kolejowy. Tam związali mi ręce z tyłu i zostawili, goniąc resztę mojej drużyny. Nie była to przemoc, my zwyczajnie mieliśmy takie zabawy. Nie umiałam zbyt długo usiedzieć w tej niewoli. Próbując uciec, spadłam na dół. Kolejowy wiadukt nie jest niski, upadek więc był spektakularny. Siła pędu rzuciła mnie na kamienie do wysypywania torów. Krew lała się wszędzie. Starty policzek, szyja, cała ręka, kolano i stopa, chyba przyjęłam wszystko na prawy bok. Kiedy mama mnie zobaczyła, nie wydała z siebie okrzyku o jechaniu na pogotowie, załamała ręce i wydarła się: Jak ty będziesz wyglądała na rozpoczęciu roku szkolnego?. Obmyłam się i musiałam zapierać krew z ubrań, żeby nie zostały plamy. Wtedy nauczyłam się, że krew spiera się w zimnej wodzie, ciepła ją utrwala. Taki walor edukacyjny z całej zabawy.

Tego samego, albo raczej kolejnego lata, brat nadepnął na gwóźdź. Był w trampku. Mieszkaliśmy na osiedlu, które dopiero się budowało. Naszym placem zabaw, był plac budowy. Brat wyciągnął gwóźdź, zasklepił gliną dziurę w nodze, przyszedł do domu wyprać skarpetki, żeby krew nie została na nich. Tak wyglądał chów klatkowy dzieci z blokowisk, zimny chów. Byliśmy bardzo kreatywni w wymyślaniu zabaw, ale musieliśmy myśleć i przewidywać, dzięki temu przeżyliśmy realizację naszych pomysłów.


4 komentarze

  1. Aż mi ciarki przeszły brrrr. Wolę jednak mieć dzieci na oku ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak to mówi moja przyjaciółka "czego nie rozumiesz w ich zachowaniu, zapomniałaś, co my robiłyśmy?" ;)

      Usuń
  2. Brat w wieku ok 9lat jak i kilkoro jego kolegów bawiło się na wielkim dębie, konkretnie na najwyższych i najcieńszych gałęziach. Ja byłam odrobinę niżej. W pewnym momencie spadł na dół do rowu. Dusił się i nie mógł oddychać przez chwilę a zaraz potem znowu siedział na górze.Po jakimś czasie przyznaliśmy się a rodzice tylko:no wiesz ty co.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mój małżonek jeździł zima rowerem po zamarznietej rzece, nie do końca zamarzniętej... siostra go wyłowiła, bo był przy brzegu i jedyne o co się martwili, to żeby wysuszyć się zanim rodzice wrócą

      Usuń