DZIŚ BYŁAM GORSZĄ MATKĄ

środa, 1 marca 2017


                  Bywają dni, że mam wszystkiego dosyć. Jestem zła sama na siebie. Nie jest to spowodowane pogodą, zimną kawą, czy oczkiem w nowej pończosze. Ten wkurw jest we mnie. Tkwi głęboko i ujawnia się  z każdym oddechem. Piję poranną zbożówkę i staram się opanować. Za piętnaście minut powinnam zacząć pracę. Mela jeszcze w łóżku, zanim wyjdziemy do przedszkola i wrócę, będę miała czterdzieści minut poślizgu. Szykuję na szybko płatki na mleku i budzę małą. Jest rozespana, ociąga się. Staram się spokojnie podchodzić do poranka, jednak ściska mnie coś w środku. Mija dwadzieścia minut. Idziemy do przedszkola. Jest pochmurno, ale ciepło. Mela zatrzymuje się posłuchać śpiewu ptaków. Ten śpiew odpręża. Pyta kiedy będzie lato.


                   Idziemy spokojnie. Nie mam unormowanego czasu pracy, granice wyznaczam sama. Nie powinnam tak się przejmować kilkoma minutami w te, czy we wte. Mela skocznym krokiem przemierza drogę. Przechodzimy przez ulicę. W sumie ja przechodzę, Mela skacze. Nad ranem padało. To nie może skończyć się dobrze. Moje czarnowidztwo spełnia się w tej samej sekundzie, w której myśl przyszła do głowy. Zanim staję nogą na chodniku, jestem ochlapana błotem.  Nie jest to jakiś dramatyczny bryzg. Ot kilka kropek, bo całość wpłynęła Meli do buta. Została nam minuta drogi do przedszkola. Nie opanowałam się, Nakrzyczałam na nią. Idziemy w milczeniu, Mela pochlipuje. Jestem wściekła na siebie. Zamiast obrócić to w żart, zepsułam jej poranek. Kurwa! Minuta. Tyle zabrakło, żeby z radością znalazła się w przedszkolu. Zamiast tego zafundowałam jej smutny start na ten dzień. Choć Mela zapomniała o tym jakieś pięć minut później, to mnie moralniak męczy od dziesięciu godzin. Nie współczuje sobie. Moje poczucie winy, mój problem. Dołuje mnie to, że przez huśtawki nastrojów psuję dzień dziecku.

            Wyżaliłam się, teraz czekam na jakieś propozycje ćwiczeń odstresowujących, 
by nie wyżywać się na maluchu.

                                                      

16 komentarze

  1. Kochana nie Ty jedna! Serio, myślę, że każda z nas ma takie dni, a te które mówią, że tak nie mają, po prostu się nie przyznają ;) Ja w takich momentach zatrzymuję się, odwracam, wychodzę choćby na 10 sekund. Oddycham głęboko. I wracam. W większości przypadków pomaga :) Pomaga mi też uświadomienie sobie, że tak naprawdę to, co sprawia, że jestem zła, to tylko pierdoła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Staram się nie przejmować rzeczami na które nie mam wpływu. To pomaga. jednak w takie dni jak dzisiejszy nie umiem się opanować :(

      Usuń
  2. Mam tak samo jak Ty..głowa do góry każda normalna matka ma taki dzień,czas.jedne o tym mówią inne ukrywają.mi na rozluźnienie pomaga bieganie bądź chwilą z dobrą książka...pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba wrócę do biegania po schodach, nie ma to jak bieg z piwnicy na piętro, tak z dziesięć razy pod rząd.

      Usuń
  3. Często się tak zdarza że należycie na maluchy... Później tego żałuję. Pomaga Mi płacz.. Nie wiem czy to dobrze czy źle. Wypalcze się w samotności i wszystko wraca do normy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie umiem już płakać. Chyba za dużo łez w życiu wylałam i kranik mi się odciął. jak dziecko ma sobie poradzić z emocjami, skoro my dorośli nie potrafimy?

      Usuń
  4. Nie tylko Ty masz huśtawki, każdy czasem traci cierpliwość. Jeśli zdarza się to sporadycznie, nie ma co się martwić, ale gorzej jak człowiek jest ciągle sfrustrowany. Z perspektywy czasu też miewam wyrzuty sumienia. Pomoże wspólna zabawa i jakiś deserek. Głowa do góry :*

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja do cierpliwych osób nie należę i nigdy nie należałam, niestety. Jestem więc pewna, że też będę popełniać grzeszki, choć wiadomo, jak każda dobra mama będę się starała ich unikać... Ale wiadomo, każdy miewa gorszy dzień :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Byle nie było ich za dużo, to jakoś się chyba zrównoważy.

      Usuń
  6. Nie mam pojęcia co ci doradzić, bo dziś sama w parku wlazłam w błoto, a za mną grzecznie tuptało dziecko. Ja tego nawet nie obracam w żart, po prostu zasada z wiisennym błotem (i każdym innym ) jest taka: się wysuszy, się wykruszy. Poza tym co to jest parę kropel błota po tachaniu roweru górską drogą rozjeżdżoną przez motory? Kiedyś tak się wrąbaliśmy z Tomkiem w drogę do Polan Surowicznych. Koleiny miały pół metra błotnej brei. Człowiek między nimi skakał. Pięć kilometrów błota. Po tym doświadczeniu sama czasem skaczę po kałużach. Tamtego dnia nic nie przebije. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lubię blkanie po kałużach. Mam tylko dyskomfort, jak mam do tego nieodpowiedni strój ;)

      Usuń
  7. Też mam czasem taki dzień. Niby nic się nie dzieje a we mnie się gotuje. Byle blahostka sprawia że wybucham. I potem zła jestem że taką atmosferę wprowadzam że robię z igły widły i niepotrzebnie wkurzsm się na dzieci.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. My matki nie jesteśmy jednak łatwe we wspłżyciu.

      Usuń

To miejsce dla ciebie,
ale zanim skomentujesz pamiętaj, że ten blog to w dużej mierze ironiczne spojrzenie nie tylko na macierzyństwo, pokazane ze specyficznym może, ale jednak poczuciem humoru.