JAK ZAMORDOWAĆ POINSECJĘ, CZYLI GWIAZDA BETLEJEMSKA W MOIM DOMU

środa, 30 listopada 2016

               W życiu każdej kobiety nadchodzi taki okres, że z uporem maniaka szuka ozdób świątecznych. Niby kontrolnie, bez szaleństw, ale już pod koniec listopada w jej domu widać oznaki nadchodzących świąt.  Zachęcona zabawą Kasi Twoje DIY postanowiłam próby dekoracji poinsecji, popularnie zwanej gwiazda betlejemską. Trzydniowe poszukiwania w kwiaciarniach nie dawały rezultatów. Wszędzie jeszcze za wcześnie. Niezmordowanie poszukując, trafiłam w markecie budowlanym na kilka regałów interesującego mnie kwiecia. Powszechnie wiadomo, że kwiaty doniczkowe najlepiej prezentują się między ościeżnicami do drzwi, a gładzią szpachlową. Ja naiwna szukałam ich w kwiaciarniach.

             Po obmacaniu i indywidualnej ocenia każdej z siedmiu tysięcy doniczek. Porównaniu wielkości kwiatów. Ich wysokości względem innych. Wreszcie postanawiam wybrać kolor. Krem i róż są tak słodkie. Przy okazji koszyk zapełnia się również ozdobami na choinkę, o wartości 300zł. Gdyby wzrok mego męża przy kasie miał moc sprawczą , nie pisałabym tego posta dzisiaj. Padłabym martwa na miejscu. Nie Kasiu, nie ma ci za złe. To tylko facet. On nie rozumie, że zakupowa choroba wściekłych krów "MUUUUUSZĘ to mieć" ujawnia w nas, kobietach na zakupach.

          Po pieczołowitym opatuleniu moich idealnych gwiazd betlejemskich, niosę je do auta. Chłopu boję się je dać, bo niby przypadkiem upuści i zadepcze. W domu stawiam je w kartonie na werandzie. Tamtejsza temperatura 10 stopni lepiej im posłuży niż domowe 25. Rano przeżywam szok, gdyż moje cudne kwiaty nie są już tak cudne. Ich kwiatki, listki i wszystko, smętnie zwisa.
O matko! Zamordowałam je zimnem. Internety mówią, że one delikatne na chłód. Zdycha mi wszystko: zioła, kaktusy, cytryny na paterze. Jedynie imbir wypuszcza zieloną łodygę, ale to chyba jakiś desperat. Postanawiam zawalczyć o poinsecje. Nastawiam farelkę ok 2 metry od kwiatów i delikatnie je podgrzewam.  Po 10 minutach stawiam je na stole dla zachęty odżycia. I nagle cud. Po południu odżywają. Brawo ja. Jednego dnia morduję kwiatki, na drugi dzień je reanimuję. Lepiej, żebym nie prowadziła żadnych warsztatów dla dobra kwiatów A pokazanie moich świeżo zmartwychwstałych gwiazdek jestem im winna.


                              Dekoracja mizerna, ale niech żyją w pokoju, czy w  kuchni.



Lubisz już mnie? Polub
                                               




Masz talent uśmiercania kwiatów czy wręcz przeciwnie?

13 komentarze

  1. Mi też zawsze wszystko zdychało - i niestety nie nadawało się już raczej do reanimacji. Dlatego żywe kwiaty podziwiam u innych, a w naszym mieszkaniu królują fejki z Ikei ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Az tak? U mnie teść z litości przychodzi i mówi: na dole słyszałem, że ktoś woła pić, to przyszedłem podlać ;)

      Usuń
  2. Ja unikam w domu zieleniny, bo nie dogadujemy się ostatnio za dobrze 😂

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Staram się nie unikać. Nie zrażam się niepowodzeniami. Jednak powoduję to, ze rujnuję się finansowo, wciąż kupując nowe.

      Usuń
  3. Też mam talent. Padły mi nawet kaktusy, paprocie, teraz drżę nad storczykami ��

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Paprocie to padają chyba każdemu poza moją teściową i urzędami ;)

      Usuń
  4. To nie jestem sama ;) Ze mną jeszcze żaden kwiatek długo nie wytrzymał

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nas morderczyń obiektów zielonych jest coraz więcej #ogrodnikpłaczejakczyta ;)

      Usuń
  5. Haha, czuję się, jakbym czytała o sobie :D Kompletnie nie znam się na kwiatach, potrafię zabić nawet paprotkę i kaktusa :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Paprotkę to chyba każdy potrafi zabić ;)

      Usuń
  6. Zawsze miałam problem z pielęgnacja roślin, nie spotkasz u mni ani jednej zieleniaku, poza tą w lodówce :) za to co roku kupuję gwiazdę betlejemską i o dziwo potrafi przetrwać nawet kilka tygodni :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Ooooo cos dla mnie:) Mi wszystko umiera, zdycha, więdnie. Każda rośłina. Ciagle wspominam jak postawiłam krzyżyk na storczyku i wystawiłam go do szafki pod zlewem obok kosza na śmieci z myslą, żeby wynieść go jak będę wynosiła śmieci. Mąż go tam znalazł i wystawił na okno. Podlewa jak mu się przypomni. Raz na tydzien, raz na miesiąc, a czasem co dziennie przez piec dni. Nie wyciera z kurzu, nie przesadza. A pomimo to ciągle ma pączki! Podobnie jest z gwiazdą betlejemską. Mamy gwiazdę jeszcze z zeszłego roku. Wstawił ją na parapet w sypialni i tak stała do wczoraj. Wczoraj przyniosł ją tryumfalnie do salonu:)

    OdpowiedzUsuń
  8. Ja to potrafiłam zepsuć nawet kaktusa - kupiłam kiedyś takiego pyci pyci i postawiłam na półce z ksiązkami na samej górze - nie widziałam go i chyba po miesiącu zaglądnęłam do niego - był cały miękki i zgniły.

    OdpowiedzUsuń

To miejsce dla ciebie,
ale zanim skomentujesz pamiętaj, że ten blog to w dużej mierze ironiczne spojrzenie nie tylko na macierzyństwo, pokazane ze specyficznym może, ale jednak poczuciem humoru.