ZABIŁ DZIECKO, BO NIE SZŁA MU GRA! CO Z TYMI LUDŹMI?

czwartek, 23 marca 2017


              To było jakiś rok temu. Odebrałam Melę z przedszkola z bólem brzucha. Obok jest ośrodek zdrowia, więc od razu tam ją zabrałam. Ból był na tyle niepokojący, że dostałam skierowanie do szpitala, gdyby nie ustąpił do godziny. Nie ustąpił, wręcz się pogłębiał. Jechałam z małą licząc, że jednak coś zjadła. Na izbie przyjęć nie było kolejki, poza tym, jak się okazało, ze skierowaniem to na oddział. Mela płakała. Nie dała się zbadać. Było to dziwne, bo godzinę wcześniej spokojnie leżała na kozetce. Lekarka była zirytowana jej zachowaniem. nagle wypaliła: "a te siniaki to razem z bólem brzucha powstały?". Fakt. Mela wyglądała dość specyficznie.  Zdarte czoło i kolano, fioletowy siniak na drugim kolanie i zdarta dłoń. Zielonkawy siniak na policzku. "Nie"-odpowiedziałam. Mela nadal nie dała się dotknąć. Lekarka coraz bardziej agresywnie pytała: "skąd wzięły się te ślady?". Spytałam ją czy nie interesuje się tym, co dziecko dziś jadło w przedszkolu, bo mamy problem z brzuchem.

           Dwie pielęgniarki zaczęły jej wtórować. Opowiedziałam o naszym wyjeździe w góry, mokrym śniegu i stromej trasie. O ostrej wykładzinie na korytarzu hotelowym i suwie prostym w drzwi. Na komunikat o bruku przed wejściem do skansenu nawet nie mrugnęły okiem. Zamiast badać dziecko wypytywały o guza na czole. Kazały przejść na oddział. Spytałam czy dziecko będzie dziś badane? "Dziś? Nie, jest późno". Odmówiłam przyjęcia na oddział. Skoro nic nie będzie robione, to w domu mamy wygodniejsze łóżka i zminimalizowaną ofertę rotawirusa w pakiecie. Na odchodne rzuciłam, że kupie colę, to na brzuch pomoże. Panie mnie ofukały. Jadąc do domu kazałam Marcinowi podjechać do sklepu. Akurat po drodze cola zdąży się wygazować. Na parkingu Mela puściła obfitego pawia. Jednak jej zaszkodziło coś, co jadła w przedszkolu. Od razu poczuła się lepiej i brzuszek przestał boleć. Kiedy ochłonęła, powiedziała, że pani doktor miała zimne ręce i dlatego nie dała się zbadać.

           Zadzwoniłam do znajomych z ośrodka opieki społecznej, powiadomić o zaistniałej sytuacji.  Opowiedziałam wszystko, bo spodziewałam się na drugi dzień zgłoszenia przywiezienia pobitego dziecka do szpitala i odmowy zostania na oddziale. Jednak żadne zgłoszenie nie miało miejsca. Do ośrodka nie wpłynęła informacja o podejrzeniu popełnienia przestępstwa mimo, że wszystkie dane zostawiłam w karcie,  Bardzo mnie to zdziwiło, gdyż słowne ataki były bardzo sugestywne. Niestety na tylko tyle było panie w szpitalu stać. Gdyby tak agresywnie podeszły do rodziców, którzy biją dziecko i wypuścili ich ze szpitala bez poinformowania władz o swoich podejrzeniach, dziecko nadal byłoby w rękach katów. Czemu po roku od tego zdarzenia dopiero o tym piszę? Kolejna dwulatka umarła podczas próby ratowania po pobiciu przez ojczyma Mam wrażenie, że lekarze nie są przeszkoleni, jak komunikować się z opiekunem dziecka, u którego zachodzi podejrzenie bicia.

         W środę, na stole operacyjnym, zmarła dwuletnia Liliana. Do szpitala trafiła ze złamaniem czaszki, miała też liczne krwiaki. Według biegłych, dziewczynka doznała obrażeń kilka dni wcześniej! Matka nie udzieliła pomocy. Dopiero, gdy jej stan się pogorszył, przywiozła nieprzytomne dziecko do szpitala. /EDIT/ Dzisiejsze wiadomości weryfikują informacje, to BABCIA zabrała dziecko do szpitala, bo zachowywało się nienaturalnie. Gdyby matka powiedziała, że dziecko było rzucone o drzwi lekarze uratowaliby życie dziecka...Rodzina była objęta nadzorem MOPSu, miała opiekuna rodzinnego. Andżelika, matka dziewczynki, nie radziła sobie z opieką nad trójką dzieci, to na jej wniosek został przydzielony opiekun. Stwierdził on liczne zasinienia u dziecka, ale matka motywowała je chorobą krwotoczną, na co zresztą miała dowody, gdyż robione były badania. Od lutego była wzmożona asysta w tej rodzinie, ponieważ ze szpitala wpłynęło do prokuratury zawiadomienie, że ślady na ciele dziecka mogą być wywołane przez osoby trzecie. Sprawa zaczęła się w listopadzie. Od pierwszych badań w szpitalu. Mamy koniec marca. Dziecko musiało umrzeć, by lekarze i urzędnicy przyznali, że źle się działo w tej rodzinie. Według zeznań matki, Lilianka miała przechodzić obok ojczyma, gdy ten złapał ją za rączkę i rzucił w kierunku drzwi, na futrynę. Nie szła mu gra...



      Ile jeszcze dzieci musi umrzeć,  by system zaczął działać sprawniej?


                                                      

21 komentarze

  1. Straszne co się dzieje, a lekarka z tymi pielęgniarkami były bardzo niekompetentne, jak wielu w Polsce zresztą :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szczerze zdziwił mnie brak dalszej reakcji z ich strony. Po takim ataku spodziewałam się każdej możliwej instytucji z kontrola u mnie w domu.

      Usuń
  2. Straszne! Ja to nawet czytać takich historii nie mogę, bo później siedzą mi w głowie przez kilka dni :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też, dlatego nie oglądam wiadomości. Jednak kiedy wpadną mi już na tablicę to niestety widzę. Wtedy kilka nocy mam z głowy :(

      Usuń
  3. zawsze jak słucham/czytam o takich rzeczach to ryczę jak głupia. Nie rozumiem takich "rodziców" co biją i nie szanują swoich dzieci... smutne..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Smutne, straszne i niezrozumiałe :( Jednak przyzwolenie otoczenia na takie zachowania jest znacznie gorsze.

      Usuń
  4. Znając życie - zwyczajnie się nie chce. Właśnie lekarzom. Bo to kolejna papierologia, dzwonienie itd. Swoje odbębnili? Odbębnili. Mam tylko nadzieję, że rzadko to bywa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja również, ale od tamtego czasu było już kilka głośnych spraw o znęcanie się nad małym, dzieckiem. Ile z nich nie ujrzało światła dziennego?

      Usuń
  5. Odpowiedzi
    1. Znieczulica, brak myślenia, brak przyjmowania na siebie odpowiedzialności, tak bym to podsumowała :(

      Usuń
  6. To jakaś masakra :( Niektórzy ludzie po prostu nigdy nie powinni mieć dzieci. Chyba lepiej byłoby takich od razu kastrować...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Od dawna powtarzam, że powinna być sterylizacja z urzędu :(

      Usuń
  7. często czytam, ale nigdy nie komentuje. w listopadzie urodziłam corke, nie zgodzilam się na wszystkie zabiegi w szpitalu. personel był dla mnie bardzo miły wszystko przebiegło normalnie. wyszłam ze szpitala normalnie. po 3 dniach. po 3 tygodniach dowiedziałem się od kuratora sądowego,który przyszedł do mojego domu, ze szpital zgłosił zawiadomienie do sądu rodzinnego. jesteśmy tzw normalna rodzina. oboje wykształceni, dobra praca, 3 dzieci. jest miłość, normalność itp. 3 miesiąc sąd zagląda nam z domu, pracy, przychodni, przedszkoli i wszędzie gdzie tylko się da. czujemy się zaszczuci. mornujemy kase na prawników i zamiast cieszyc sie z macierzyństwa żyje w stresie. w szpitalu lezalam na sali z dziewczyną z tzw patologii. przez 5 dni nie poszła do swojego synka, który leżał w inkubatorze po porodzie. nie karmiła go i nawet nie pytała jak się czuje, nie wiedziała pewnie nawet ze trzeba.była młoda i niepełnosprawna intelektualnie. ojciec dziecka jej konkurent przychodził pijany i krzyczał na korytarzu, krzyczał na nią, wściekła się a potem płakał i przepraszam. Ale tu nikt nie widział problemu, nikt nic nie zgłosił, pielęgniarki i lekarze nagle znikały z pola widzenia. po prostu system nie działa, bo tam gdzie trzeba się wysilic, gdzie jest ryzyko, gdzie naprawdę jest bieda i przemoc tam nie ma prawdziwej pomocy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odnoszę wrażenie, że ktoś to właśnie zgłosił, tylko pomylił nazwiska i zamiast tej dziewczyny, zgłosił ciebie :(

      Usuń
  8. Zakładam, że nie tolerujesz przekleństw w komentarzach... więc nawet nie powiem, co pierwsze przyszło mi na język.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, że toleruję. Często klnę jak szewc, również na blogu.

      Usuń
  9. Ciężko skomentować taki post. Bo co napisać? że pewni ludzie nie nadają się do opieki? że bicie dziecka to nie jest dobra droga? jak można to skomentować? Bo ja nie wiem, brak mi słów po prostu. Mogę napisac przekleństwa, bo to tylko tu pasuje. Ale nie chce sobie psuć nerw. Patrze na swoją córkę i się zastanawiam, co ludzie mają w głowach żeby krzywdzić takie małe istoty?!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mi już brak sił. % letnia dziewczynka, która matka wykąpała we wrzątku została dziś zabrana od niej. Matka znów była pijana, ponad 1,5 promila. Ta patrzyła, jak jej facet traktuje dziecko, jak kukłę :(

      Usuń
  10. Najgorsze jest to, że to częste zjawisko, a dalej wszyscy mają jakby upośledzoną ocenę sytuacji. Tą obojętność, i w ogóle. A tacy doktorzy, takim zachowaniem skalali przysięgę Hipokratesa, i nie zasługują na zaszczyt pracy w takim zawodzie.

    OdpowiedzUsuń
  11. Zabójca oddychał - zdelegalizujmy tlen!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ty w ogóle czytałeś tekst? Bo chyba sam tytuł, więc wpierw naucz się czytać, a później się oburzaj. Sam gram w gry, ale jakoś mi nie odbija, jak mój siostrzeniec mi łazi po pokoju. Chodzi o to, że gra to błahy powód, aby w ogóle robić komukolwiek krzywdę, a jak ktoś powiedzmy katuje dziecko, bo przegrywa w grze, to ma coś nie halo między uszami. I o to tutaj chodzi, że koleś jest walnięty na umyśle. Rozumiesz?

      Usuń

To miejsce dla ciebie,
ale zanim skomentujesz pamiętaj, że ten blog to w dużej mierze ironiczne spojrzenie nie tylko na macierzyństwo, pokazane ze specyficznym może, ale jednak poczuciem humoru.