DOBRZE DOBRANY PLECAK TO ZDROWIE TWOJEGO DZIECKA.

czwartek, 31 sierpnia 2017



        Wybór plecaka nigdy nie jest łatwym zadaniem. Kiedy szukasz najlepszego dla twojego dziecka, ono właśnie wybiera coś niespełniające żadnych norm, za to krzyczące modną obecnie postacią z bajki. W przypadku starszego dziecka masz dodatkowy problem. Ono chce już tak jak rówieśnicy, nosić wiotki worek na jednym ramieniu. Dzieci klas starszych charakteryzują się zróżnicowanym gustem i szukaniem własnego stylu. Często to moda lub styl idola kieruje wyborem. Zanim jednak siłę jego argumentów zacznie być, słychać w sąsiednim sklepie, przygotuj się na wytłumaczenie dziecku, dlaczego warto mieć dobry plecak?

SZELKI muszą być dostatecznie długie, regulowane, najlepiej z zapięciem biodrowymi piersiowym. Szerokość oraz miękkość szelek ma ogromne znaczenie dla prawidłowego rozłożenia ciężaru. Zawsze muszą być równo i idealnie dopasowane do dziecka. Podczas roku szkolnego warto je kilkakrotnie poprawiać i dopasować na nowo. Dziecko rośnie, do tego zmieniające się pory roku, powodują dodatkową bluzę lub kurtkę. Zapięcie na biodrachoraz na wysokości klatki piersiowej wymusza na dziecku pozycje prostych pleców. Dlatego też ważne jest wyrównanie szelek, by jedno ramię nie było bardziej obciążone.

SZTYWNE PLECY. Tył plecaka musi być usztywniony. Odpowiednio dopasowane pianki utrzymują odpowiednio plecak na plecach. Lekki, aluminiowy stelaż pozwala na dodatkowe usztywnienie. Pozwala to równomiernie rozłożyć ciężar zawartości plecaka. Dzięki piance możliwy jest przepływ powietrza, więc dziecko nie ma spoconych pleców po zdjęciu plecaka.

ODPOWIEDNIE KIESZENIE. Plecak musi mieć odpowiednio usytuowane kieszenie i przegródki. W największej komorze powinna być przegroda, by rozłożyć książki i zeszyty. Te najcięższe powinny być przy plecach, by ich ciężar nie ciągnął w tył, wymuszając nieodpowiednią pozycję podczas noszenia. Dziecko samo nie będzie wiedziało, jak się spakować. Twoją rolą jest nauczenie go, odpowiedniego rozłożenia książek, zeszytów i przyborów szkolnych. Warto też zwracać uwagę na to, by dziecko nie nosiło zbędnych przedmiotów lub książek na cały tydzień.

WAGA PLECAKA. Najlepiej by plecak był jak najlżejszy przy założeniu, że spełnia powyższe warunki. Wybrany przez mnie plecak ma całkowitą wagę 1400 g, pojemność 30 L. Wciąż słyszę o przeładowaniu uczniowskich plecaków. Oczywiście, gdy dziecko ma trzy lekcje, z czego dwie tego samego przedmiotu, nie ma problemu. Jednak, gdy ma 7 lekcji, do tego piórnik, strój na W-F, farby na plastykę oraz worek z obuwiem zmiennym, waga samego plecaka zaczyna mieć znaczenie.
Plecak dla dzieci młodszych-klas 1-3 nie powinien przekroczyć wagi 1200 g, natomiast dla starszych uczniów, dopuszczalną masą jest 1400 g. Najlepiej by było, gdyby dzieci miały w szkołach szafki i nie musiały nosić książek, a nie zeszytów. Jednak w związku z pracami domowymi oraz nauką, plecaki muszą być nimi wypełnione.

ODBLASKI Większość odzieży dla dzieci wyposażona jest w odblaski, tak samo jest w przypadku plecaków. Powodują one zwiększenie widoczności dziecka idącego do lub wracające go ze szkoły. Odblaski powinny być umieszczone na szelkach oraz na przedniej kieszeni plecaka. Nie jest ich nigdy za dużo. Nawet w słoneczny dzień, odblask powoduje szybsze zobaczenie dziecka przez kierowcę.

WIELKOŚĆ PLECAKA Dziecko rośnie. Plecak musi być dostosowany do jego wzrostu. Nie możesz kupić jednego plecaka na całą szkołę. Plecak musi być dostosowany do wzrostu i potrzeb dziecka. Producent zazwyczaj podpowiada ci, z jakiego działu plecak wybrać. Plecaki podzielone są na: klasy 1-3, 4-6, gimnazjum, choć teraz zapewne zmieni się to na klasy 4-8, szkoła średnia, studia. Dlaczego należy kierować się wytycznymi? Zbyt duży plecak nie będzie prawidłowo przylegał do pleców dziecka, tym samym nie spełni swojej funkcji.

Jeśli chodzi o szkolne plecaki, to temat przerabiam od 13 lat. Przekonałam się, że cena plecaka ma znaczenie. Znaczenie ma również świadectwa i atesty oraz gwarancja producenta. Pewne jest, że jeśli producent daje na plecak dwa lata gwarancji, to te dwa lata będzie on w stanie idealnym. To oczywiście mam wypróbowane i pozytywnie przetestowane. Wiadomo, że dzieci nie dbają o plecaki. Rzucają je, gdzie popadnie. Mimo to plecaki z gwarancją sprawują się idealnie. Te tańsze mają już po pierwszym miesiącu poprzecierane rogi podstawy- to uszkodzenia mechaniczne-nie podlegają gwarancji. W rezultacie trzeba kupić 4 plecaki na rok-to wbrew pozorom wychodzi drożej niż plecak z dłuższą gwarancją.
Największy wybór plecaków i tornistrów znajdziesz na Hama.pl







Model plecaka Gaby Cocazoo EvverCleVVer II "Spiky Pyramids Purple"


Nie zapominam też o tym, że Gaba jest aktywnym dzieckiem. Dostałą również od nas nowa torbę na zajęcia sportowe.




SZKOŁA JEST SPOKO, 4 KLASA TEŻ. UDOWODNIĘ CI.

środa, 30 sierpnia 2017
Szkoła jest spoko

          Już 4 września powitamy nowy rok szkolny. Rodzice dzieci klas starszych zaczynają panikować nadchodzącym nadmiarem obowiązków. Nie podoba mi się ta nagonka. Straszenie rodziców młodszych dzieci, że jak zacznie się klasa czwarta to czeka ich odrabianie lekcji za dziecko, czytanie lektur, godziny wspólnego wkuwania oraz wydeptywanie ścieżek do nauczycieli. Serio? Urwaliście się z choinki? W latach 80-90 tych, kiedy się uczyłam w szkole podstawowej również były lekcje do odrabiania. Lekturę czytało się w całości, a nie wybranymi działami. Wypracowanie po niej miało ze cztery strony, a nie jak obecnie kilku zdaniowe streszczenie. Zamiast przyrody były dwa przedmioty: geografia i biologia. Do dziś po nocach śni mi się rysownie kwasu deoksyrybonukleinowego, w zeszycie o czystych stronach bez linki i kratek. Depresja kojarzyła mi się z geografią, a nie psychicznym problemem. Nauczyciel był szanowany, a uczeń miał obowiązki. Czwarta klasa była powodem do dumy. Niby najniższy szczebel podstawówki, bo klasy 1-3 się nie liczyły, ale dawało to wolność. Mama nie odprowadzała już do szkoły. Człowiek był samodzielny.

Obecnie szkoła jest znacznie bardziej lajtowa. Dzieci mają mniej nauki, nie ma uczenia na pamięć, jest za to logiczne myślenie. Przez cały rok szkolny raz zadzwoniłam do znajomej z pytaniem, czy jej córka rozwiązała już zadanie z matematyki. Ona ze śmiechem odparła, że na YT jest filmik tłumaczący nasz problem. Faktycznie był. Raz. Jedyny raz miałyśmy problem z zadaniem domowym dzieci. Tylko dlatego, ze system naszej nauki przebiegał inaczej. Mieliśmy umieć, nie myśleć. Obecnie szkoła wymaga logicznego myślenia, to może nie podobać się rodzicom, którzy zamiast dbać rozwój dziecka wolą wsadzić mu tablet w rękę i nich ogłupia się śmietnikiem internetu. Jeżeli rodzice pracują nad dziećmi od początku, to one same potem umieją wyszukać właściwe dla siebie treści. Nie brońmy naszym pociechom być sobą. Nie ograniczajmy. Nie przeżywajmy za nich szkoły.

Już za kilka dni, Gaba pójdzie do 5 klasy. Czwarta zakończyła z wyróżnieniem. Poza szkołą uczęszcza na zajęcia pozalekcyjne. Kilkakrotnie słyszałam, że ma ich za dużo. Słyszałam to od osób postronnych. Ona nie chce zrezygnować z żadnego z nich. Każde z tych zajęć rozwija jej pasje. Ma szerokie zainteresowania, więc zajęć jest sporo. Jakie to zajęcia? Taniec, akrobatyka, łyżworolki, teatr, chór, plastyka, harcerstwo, dodatkowy angielski. Każde z nich daje jej co innego, z każdego czerpie garściami. Ma tylko jeden warunek. Zajęcia dodatkowe może kontynuować, pod warunkiem, że nie zawali szkoły. By udowodnić, jakie to dla niej ważne, nie tylko na koniec czwartej klasy miała biało czerwony pasek na świadectwie. Osiągnęła średnią 5.09. Bez wspólnej nauki i bez odrabiania za nią lekcji.

Jak to się dzieje? Wystarczy dobra organizacja, systematyczność i osoba, która tego pilnuje. Nasze życie jest rozpisane w kalendarzu. Czasem zaliczam wtopy, bo o czymś zapomnę, ale mimo to dajemy radę. Dziecko samo z siebie nie usiądzie do nauki i lekcji. Musi być tego nauczone. Powtarzanie z uporem maniaka, że po powrocie ze szkoły ma godzinę na odpoczynek, potem czas na odrobienie lekcji i naukę, przynosi rezultaty. Ono po jakimś czasie wpada w taki rytm, że samo wie jak funkcjonować. Jak wygląda nasz dzień? Gaba wstaje rano, myje się, ubiera. Szykuje sobie śniadanie. Nie robię tego za nią. Jest duża, umie dokonać wybory między płatkami a przysłowiową parówką. Idzie do szkoły. Po powrocie w ramach relaksu włazi na drzewo, robi gwiazdy, wspina się na linę itd. Zjada przygotowaną przez mnie przekąskę. Odrabia lekcje, pakuje na drugi dzień, uczy się. Ok. 15.30-16 mamy wspólny obiad. Potem idzie lub jest wieziona na zajęcia dodatkowe. Kiedy wróci, ćwiczy sobie stanie na rękach lub mostki. Kiedy się zmęczy, robi kwiatki origami lub bransoletki z muliny. Wieczorami czyta książki i ogląda DIY na YT. Wstaje tuż po 6 rano. Pełna energii i gotowa do działań. Wiem, że kiedy dojdzie drugi język, fizyka i chemia, będzie musiała dokonać wyboru z rezygnacji z jakichś zajęć dodatkowych. Na razie myśli o tym, by dostać się do klasy sportowej, która jest u nas od 7 klasy. To, co robi, nie jest moją ambicją, to realizacja jej marzeń.

By czuła się dobrze oraz dla dodania jej pewności siebie pozwalam na wybór stroju, w którym chodzi do szkoły. Niezmiennie są to sportowe rzeczy: koszulki, bluzy, legginsy. Skoro czuje się w nich dobrze, to niech tak się nosi. Młodsza ma zdecydowanie inny gust. Powrót do szkoły to dla nas czas zmiany garderoby. Latem dziewczynki urosły i wszystko, co miały okazało się za małe. Sporty, które uprawiają oraz nasze wycieczki były wyznacznikiem skompletowania szkolnej wyprawki. Postawiłam na markę, która poznałam rok temu. 4F JUNIOR. Wygoda podczas szkolnych zajęć oraz ćwiczeń, niezawodność w każdych warunkach pogodowych na wycieczkach, a także w drodze do szkoły. Jak to sprawdziłam? Tydzień w górach w deszczu, przy 12 stopniach. Dziewczynki cały czas były suche i niewyziębione. 4 września tuż, tuż, back to school nie jest taki straszny, nie panikujmy.


















Lubisz już mnie? Polub.
                                                      

To może cię zainteresować
Nastoletnie życie moje dorosłego już syna. 

WSZYSTKO CO ZEPSUŁO MÓJ URLOP. TWÓJ TEŻ MOŻE.

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

        Nadszedł wyczekany urlop. Pakowanie zajęło trzy dni. Słońce tak mocno świeciło, że aż oślepiało. Klimatyzacja w aucie dawała efekt przyjemnego chłodu, który był doceniany po każdy postoju. Z nieba lał się żar. W myślach kalkulowałam czy aby na pewno kremy UV, które mam nam wystarczą. Moje rozważania przerwała zmiana pogody. Kiedy zajechaliśmy na miejsce, nie miałam wątpliwości. Ochrona przeciwsłoneczna nie będzie nam potrzebna. Przydadzą się za to kalosze i płaszcze przeciwdeszczowe. I jakiś polar. Z 32 stopni, zrobiło się 14.

DESZCZ
Będąc w domu, jestem w stanie jakoś ogarnąć suszenie butów, na wyjeździe mam ograniczona ilość obuwia i opcji suszenia. Ręczniki papierowe służyły mi głównie do osuszania środków. Sprytnie wzięłam po trzy pary obuwia, na tydzień. Dnia trzeciego całkiem przyjemnie spacerowało się w japonkach, a te 12 stopni... No cóż, człowiek się przyzwyczaja.

PMS
Wyobraź sobie 7 godzin w aucie z dziećmi, kiedy masz PMS... Jedno chce siusiu, drugie jeść, pierwsze chce pić, drugie musi na kupę. A to dopiero pół godziny jazdy. Po godzinie zaczyna się wojna między dziećmi. Liczenie do 150 nie pomaga. To wycisza tylko podczas medytacji. Zakładam słuchawki i włączam muzykę. Nie nadarłam się, nie zarządziłam szlabanu do czterdziestki, nie skróciłam o głowę. Zen.

PRZECIEKI
Nie, nie nie. Znów? Ile można? O tym się nie mówi, bo nie wypada. Przy śniadaniu jestem bombardowana reklamą podpasek, podczas kawy reklamą tamponów. jak wspomnę, że mam okres to widzę popłoch w oczach rozmówców i słyszę coś o nietakcie. Taki lajf, jestem kobietą, czasem przeciekam. Tylko czemu zawsze podczas urlopu lub większych imprez?

SRACZKA
Nikt ci nie powie, że choruje. Jak już to zawoaluje temat tak, byś w domyśle miał słowo obstrukcja, ewentualnie biegunka. No sorry, u mnie jest sraczka. Nic tak nie urozmaica urlopu, w którym nie mogło być gorzej. Jednak mogło.

STOPERAN
Punkt poprzedni nie jest taki zły. Można w akcie desperacji przedawkować stoperan. Choć w sumie są plusy. Tydzień oszczędności na papierze toaletowym...

Lubisz już mnie? Polub.
                                                      

                                               Chyba potrzebuję urlopu po urlopie. Serio.
Też tak masz, czy umiesz jeszcze w winny sposób zepsuć sobie wypoczynek?

JEDZIESZ NA URLOP? TAK CIĘ WIDZI HOTEL.

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

         Pieniądze na urlop zbierasz cały rok. Ciężko pracujesz, by uciułać na zasłużony wypoczynek. Zarzynasz się, by stojąc w korkach sponsorowanych przez roboty drogowe, uwalić się na plaży lub wspiąć na górski szczyt. Może nawet pokusisz się o wypas wśród kleszczy i komarów na Mazurach. Choć ostatnie pół roku wcinałeś chleb ze smalcem, teraz będziesz żyć jak człowiek. Co prawda tylko przez tydzień, ale twoje wyrzeczenia zwrócą się relaksem i naładowaniem baterii, by kolejny rok był równie owocny. Jednak kim tak właściwie jesteś dla tych, którzy dzięki tobie mają na godne życie? Świnią, śmieciem, burakiem i cebulakiem. To niestety nie jest żart.

Hoteli, hosteli, pensjonatów i kwater prywatnych jest na pęczki. Każdy w sezonie letnim czeka na turystów, prześcigając się z zapewnianiu atrakcji. Właściciel mniejszego obiektu lub recepcja dużego wita gości z radością, notując zyski. Jednak obsługa dbająca o porządek widzi to inaczej. GOŚĆ TO CEBULAK. Tak waśnie widzi cię sprzątaczka. Nie przyszła przez cały tydzień wyrzucić śmieci i ma za złe, że przez ten czas wysypały ci się z kosza. Nie wywiesiła tabliczki z zakazem palenia i ma problem, że znalazła obok kosza popiół z fajek. Przypięła ci łątkę cebulaka, bo zrobiła fotę twojej herbaty obok cebuli. Noż kurwa mać! Nie dość, że twój urlop dobiegł końca i musisz iść do roboty, by pot mógł cieć ci po jajach, to jeszcze lądujesz na fejsbuku w roli syfiarza.

Chcesz wiedzieć, kim jesteś dla serwisu sprzątającego?

LEŃ I BRUDAS
Siedzisz przez tydzień na plaży. Pierwsze trzy dni nawet próbujesz jakoś to zamiatać, ale bez odkurzacza i tak piach masz w łóżku, w skarpetach, nawet w świeżych gaciach. Dajesz sobie z tym spokój, bo nie po to tu jesteś, żeby wciąż sprzątać. Sprzątaczka wrzuca zdjęcie twojego pokoju na fejsbuka, bu jesteś leń i brudas.

PIJAK
Przyjeżdżasz ze znajomymi na kilka aut. Jakoś tak zawsze wychodzi, że cała impreza odbywa się u ciebie. Dwadzieścia osób wypija u ciebie codziennie lampkę lub dwie wina, może dwa piwa. Po tygodniu masz pokaźną kolekcję butelek i puszek. Skup możesz otwierać, choć nikt przez ten tydzień nie był pijany. Jednak po twoim wyjeździe zostaniesz okrzyknięty pijakiem i patologią.

BURAK-CEBULAK
Nie jadasz na co dzień kawioru i nie popijasz najlepszym szampanem? Lubujesz się w polskiej, tradycyjnej kuchni? Wstyd. Taki gust ma tylko buractwo. Jeśli jesteś jeszcze z miasta, to możesz zostać wywołany po imieniu na fejsbuku, z zaznaczeniem miasta, z którego przyjechałeś, z pogardliwym stwierdzeniem, że jadasz cebulę.

By zaspokoić wygórowane marzenia ekipy sprzątającej, ogarnij się. Codziennie odkurzaj wynajęte mieszkanie, domestosem myj kibel i najlepiej stołuj się na mieście, by nie nakruszyć lub nie splamisz owego mieszkania zbyt pospolitym posiłkiem.

Czy w tej bajce były smoki? No sorry. Jestem turystą, jestem konsumentem. W nerwach mam chęć napisać: skoro jestem burakiem-cebulakiem, to płacę i wymagam. Ale nie. Wyobraź sobie, że zdarzyło mi się trafić w miejsce, gdzie był taki brud, że zeszłam do recepcji po domestos i cif, bo nie dało się wejść do toalety. Po 10 godzinach, w aucie bez klimy, byliśmy tak wykończeni, że nie chciało nam się szukać innego hotelu. Nie urządziłam awantury. Może pani sprzątająca miała gorszy dzień, może była wykończona ząbkującym dzieckiem, a może zwyczajnie wykończyli ją poprzedni goście. Zdarzył mi się domek na Mazurach, w którym zszywki podtrzymywały tapetę, a każda rzecz, na jaką tam trafiłam byłą kreatywnie reanimowana przez konserwatora. Widać poprzedni goście nie oszczędzili wystroju. Było tam jednak wręcz sterylnie czysto. Mogłabym opisywać wiele miejsc, gdyż średnio raz w miesiącu nocuję poza domem, będąc na krótszym bądź dłuższym wyjeździe. Ale nie wyobrażam sobie sytuacji, że ktoś nagle wrzuca zdjęcie moich śmieci lub zapomnianej bielizny ba fejksbuka. Tym bardziej że pracę sprzątaczki znam od podszewki. Miałam firmę sprzątającą i nie raz zakasywałam rękawy, by wyprać zarzygany dywan, posprzątać zużyte podpaski, czy pieluchy, albo wyprać tapicerkę auta, gdzie właściciele zaspokajali swój popęd seksualny. 

Sama mieszkam w hotelu od kilku dni. Recepcja, kelnerzy, kuchnia, animatorki oraz serwis sprzątający, ba, nawet pan konserwator, są dla nas mili i życzliwi. Panie sprzątające wciąż pytają czy donieść wodę lub ręczniki. Wychodząc z pokoju, wiemy, że wracając zastaniemy poodkurzane pokoje oraz wodę butelkową. Przechodząc obok nich za każdym razem mówimy dzień dobry i dziękuję. Naprawdę jesteśmy wdzięczni za taką obsługę. Jesteśmy zadbani i dopieszczeni.

Kiedy jadę na urlop nie myślę o tym, żeby sprzątać, ale też nie siedzę w bajzlu, bo go zwyczajnie nie lubię. Ogarniam po sobie i dzieciach, doprowadzam do względnego ładu i porządku zajmowane lokum. Jednak nie mam na celu spędzania urlopu na sprzątaniu, to mam w domu. Wspomniałam, że wiem czym jest sprzątnie, dodam jeszcze, że przez wiele lat pracowałam jako kelnerka i recepcjonistka. Znam uroki tej branży. Praca w usługach nie jest łatwa. A internet nie zapomina. Usuniecie posta nie oznacza, że on zniknął. Szanujmy się wzajemnie.

Wiadomo, że bywają skrajne przypadki, kiedy turysta faktycznie okazuje się niecywilizowanym typem. W tym celu należy zwyczajnie nakazać respektowanie regulaminu obiektu lub, gdy to nie pomoże wezwać policję. 

                                                      

DOJRZAŁA SKÓRA Z AZS JAK DBAĆ?

piątek, 18 sierpnia 2017


           Nie byłam łatwym dzieckiem. Mama opowiadała, że wciąż się odparzałam. Jako niemowlę byłam kąpana w krochmalu i nadmanganianie potasu, potocznie zwanym kalikiem. Moja skóra zawsze miała zaczerwienienia, suche miejsca i otarcia. Łatwości nabywania siniaków nikt nie wiązał z delikatną skórą. Było to tłumaczone „żywym dzieckiem". Latem opalałam się od razu na czerwono, potem schodziła mi skóra. Znów wytłumaczenie, że po prostu jestem blada. Zimą moja skóra była tak sucha, że mama smarowała mnie oliwką młodszego brata. Narzekała, że to na wina ubrań. 

Kiedy urodził się mój syn, lekarz od razu zasugerowała szczególną ochronę jego skóry. Jasna karnacja, rude włosy. Wiadomo było, że skóra jest bardzo wrażliwa. Po miesiącu miał okropne odparzenia. Było lato, a ja jako młoda mama nie umiałam sobie z tym poradzić. Wizyta w przychodni wyjaśniła wiele moich obaw i rozwiała wątpliwości. Nawet zażartowałam, że ma to po mnie, gdyż jestem równie problemowa. Trafiłam na mądrego lekarza. Spytał, czy mam alergię. Odparłam, że pokarmową i wziewną. Nigdy wcześniej nie byłam u alergologa, ale z obserwacji jasno wynikało, co mnie uczula. Wtedy powiedział mi o AZS. ??? Atopowe zapalenie skóry. Dwadzieścia lat wmawiano mi, że mam delikatną skórę i muszę uważać. Teraz dowiedziałam się, że mam szansę łagodzić podrażnienia. 

Mijały lata. Odczulenia dały rezultaty. Zaczęłam jeść truskawki. Wiecie, że jako dziecko nie mogłam? Po nich dostawałam wysypki. Po arbuzach, winogronach i pomidorach również. Po zjedzeniu pomidorów wylądowałam nawet na odtruciu. Teraz pałaszowałam, aż miło. Jednak słońce, mróz, wiatr, klimatyzacja i większość kosmetyków powodowały podrażnienia skóry. Nadal musiałam uważać i stosować najdelikatniejsze płyny do kąpieli i balsamy. Poznałam krem Bepanthen Sensiderm, maść wspierającą przebieg atopowego zapalenia skóry, egzemy czy skórnych reakcji alergicznych. Od tego dnia moje życie stało się prostsze. To środek, któremu jestem wierna od lat. Ratuje moje łokcie, kolana, nadgarstki oraz każdy skrawek skóry, który tego wymaga. 

Dziwi cię, że mam prawie 40 lat i AZS? Z tego się nie wyrasta. Nikt o tym głośno nie mówi, ale alergikiem i atopikiem będziesz już zawsze. Odpowiednia dieta, delikatne kosmetyki, zminimalizowanie szkodliwych czynników i sprawdzony krem, jednak pozwalają na zdecydowane poprawienia jakości życia człowieka z AZS. Dlaczego warto dbać o dojrzałą skórę? Z wiekiem skóra traci swoją gęstość. Powoduje to nieestetyczne wiotczenie, co każda kobieta chce opóźnić. Wiem, że dbając o atopową skórę, daję jej szansę na odpowiednie odżywienie i nawodnienie. Dzięki temu jest gładka, sprężysta i nie reaguje tak silnie w przypadku niesprzyjających warunków.

TAK W 5 KROKACH ZMNIEJSZYSZ ODPADY ŻYWNOŚCI W TWOIM DOMU-ZERO WASTE COOKING

czwartek, 17 sierpnia 2017
W 7 krokach zmiejnszysz odpady żywności w twoim domu

          Na świecie marnuje się prawie 1,5 mld ton żywności rocznie! Około 100 milionów ton marnuje się w Europie. Liczby te nie wliczają rolnictwa i rybołówstwa, więc skala problemu jest znacznie większa. Polska jest na niechlubnym, piątym miejscu marnowania jedzenia w Unii Europejskiej. Każdy z nas może w dowolnej chwili pomóc zmniejszyć te statystyki. Wystarczy rozsądnie gospodarować żywnością. Kilka dni temu miałam okazję uczestniczyć w warsztatach Zero Waste Cooking, zorganizowane przez Accor Hotels. Pojechałam z Olą z bloga Esencja, na miejscu dołączyły do nas Ania z Grochem o garnek oraz lepsza połowa Supertaty.

5 kroków do zmniejszenia odpadów żywności

ZAPLANUJ POSIŁKI NA KILKA DNI.

Zanim dokonasz zakupów, jak na pułk wojska, sprawdź, co masz w lodówce i spiżarce. Zaplanuj posiłki. Dokładnie przemyśl ich ilość. Jeżeli czegoś masz za dużo, przygotuj to wstępnie i zamroź.

NIE KUPUJ HURTOWO.

Wiem, że po latach pustych półek zapchanych octem masz tendencję do chomikowania. Oducz się tego. Masz niegraniczny dostęp do zakupów. Kupuj małe ilości jedzenia. Lepiej mieć mniej, niż za dużo. Na zakupy idź najedzona. Głód jest złym doradcą. Weź ze sobą listę, to pozwoli ci na kupienie tego, co naprawdę potrzebujesz.

BĄDŹ KUCHARZEM WIZJONEREM.

Przepisy kulinarne powinny być jedynie inspiracja nie wyznacznikiem. Naucz się inspirować, nie ślepo iść wg przepisu. Zastępuj składniki tym, co akurat masz w domu. Nie kupuj produktów po to, by raz ich użyć i odłożyć na bok. Z tego, co ci zostanie, zrób zupę krem, miksowany sos do drugiego dania lub mrożoną bazę do dania na szybko na inny dzień.

PRZECHOWUJ Z GŁOWĄ.

Jeśli odkładasz coś na inny dzień, zastosuj wszelkie sposoby, by produkt się nie zepsuł. Najlepiej napisz datę do, kiedy uznasz, że można to zjeść i ustaw w pojemnikach według kolejności. Z przodu te z najkrótszą datą.

WYKORZYSTUJ POZORNIE ZUŻYTE

Została ci sałatka z wczorajszej imprezy? Osącz ją na sitku i dodaj do gęstego ciasta omletowego. Będziesz mieć pyszne śniadanie. Chleb czerstwieje? Zrób z niego grzanki do zupy, tosty do dżemu lub chrupiące tosty z grilla do sosu czosnkowego. Zostało trochę rosołu? Zamroź i wykorzystaj, jako bazę do zupy za kilka dni. Trochę ugotowanych warzyw? Nie ma kto tego zjeść? Przepuść przez maszynkę i zrób wegepasztet lub smalec. Obierki z  warzyw z powodzeniem staną się czipsami, a skórki z jabłek to świetny produkt na kompot.Naucz się myśleć, co jeszcze możesz zrobić z tego, co masz.

         Nie myśl o tym, że to skąpstwo. To oszczędne gospodarowanie własnymi ciężko zarobionymi pieniędzmi. Temat rozsądnego gospodarowania żywnością dotyczy mnie właściwie od zawsze. Babcia powtarzała, że chleba nie wolno wyrzucać. Była wspaniałą kucharką. Pamiętam, jak zawsze możliwie najcieniej obierała warzywa. Jej lodówka była przejrzysta. Kawałek szynki, biały ser, masło. Nigdy nie widziałam, żeby czegoś było dużo. W domu było podobnie, choć mama znacznie mniej dbała o gotowanie. Ceniła tradycyjną, ciężką kuchnię, nie eksperymentowała. Nie wyrzucała i nie wyrzuca chleba. Jeśli czerstwieje, można go obsmażyć w jajku lub po prostu zrobić z niego tosty. W moim domu nie marnuje się jedzenia. Choć w sumie do warsztatów jednak coś się marnowało. Nie byłam świadoma tego, że aż tak można czerpać z tego, co jest w lodówce.

       W warsztatach oszczędnego gotowania, bez marnowania wzięło udział ok. 15 osób. Poprowadził je szef kuchni Novotel Warszawa Jakub Emanuel Malec. Na miejscu czekała nas kuchnia z osobnym stanowiskiem dla każdego, pełnowartościowe produkty oraz propozycje dań, które możemy przygotować. Na początku nieco zdezorientowane, złapałyśmy z lepszą połowa Supertaty wiatr w skrzydła. Z prostej sałatki z ze szpinaku i truskawek, nagle zrobiło nam się ciepłe danie z kaszą kuskus, oryginalne pesto oraz burito z grilla. Wszyscy uczestnicy pozostawili jakieś resztki z przygotowanych potraw. Obierki z ziemniaków, gałązki z pietruszki, obierki z cukinii, liście kapusty, resztki papryki. Trafiły one do garnka. Tam ugotowane, zblendowane, doprawione czosnkiem stworzyły aromatyczną zupę o wyrazistym smaku. Powiem to na głos. Tak. Jadłam zupę z resztek.







Sałatka ze szpinakiem i truskawkami


- szpinak
- truskawki
- borówki
- szparagi

Szparagi należy sparzyć i zahartować w wodzie z lodem. Reszte po prostu dodać.

Pesto

- orzechy laskowe
- pół szkl soku  z czerwonych pomarańczy
- oliwa  z oliwek
- natka pietruszki
- sól
- pieprz
- sok z cytryny










Powiązane wpisy


 Wiosenna sałatka z chwastów


 właściowści pokrzywy + przepisy



 Domowa woda smakowa

Lubisz już mnie? Polub
                                                      

Dysponujesz żywnością oszczędnie? 
Podaj swoje sposby na niemarnowanie jedzenia.

6 POWODÓW, DZIĘKI KTÓRYM CIESZĘ SIĘ Z KOŃCA WAKACJI.

środa, 16 sierpnia 2017


               Będąc rodzicem mogę otwarcie i śmiało powiedzieć, że już za dwa  tygodnie, moje życie będzie spokojne, stabilne i zdecydowanie cichsze. Od pierwszego września przedszkolak nareszcie będzie cały dzień poza domem-chwalmy instytucję przedszkola, od czwartego natomiast, szkoła starszych dzieci uratuje mnie przed trafieniem na psychiatryk. Niczym niezmącona radość gości w mej głowie. Dlaczego tak mnie to cieszy?

Batoniki i lody.
Wiesz, jak niezdrowe jest szybkie jedzenie? Stres oraz konspiracja? Przez dwa miesiące, prawie wrzodów się nabawiłam. Ile można ukrywać słodkości, odpakowywać batoniki/lody bezgłośnie i zakopywać papierki po nich w koszu na śmieci? Zdobyłam tytuł śmieciarza, wciąż wmawiałam dzieciom, że coś mi wpadło do kosza i szukam tego. A jedzenie loda na dwa gryzy? Czujesz ten mroźny ból zębów i piekielne pieczenie w gardLe podczas przełykania całej kulki lodów? Już niedługo będę obżerała się słodkościami, jak każdy normalny słodyczoholik-jawnie.

Nudzi mi się.
Nigdy nie byłam na koloniach, nie wyjeżdżałam do babci-mieszkały na miejscu, a nie raz wyjechałam. Miałam 15 lat, wieś - zadupie totalne. Babcia żyła bez tv, nawet tego czarno-białego (gimbynieznajo). Miała kota, który nazywał się Kotek. Jej pomysł na moje wakacje opierał się na dozorze, godzinie policyjnej. O 19-tej miałam być już w łóżku oraz całodziennym milczeniu. Przeczytałam wszystkie "Detektywy", które zostawił kuzyn kilka lat wcześniej i po 4 dniach wyjazdu wróciłam do domu. 20 min jazdy autobusem. Byłam też raz u cioci w Warszawie. Pamiętam pakę ciuchów, którą mi dała. Spodnie w brązowa kratkę nosiłam chyba do końca liceum. Tyle było moich wojaży wakacyjnych przez 18 lat.

Gaba była pierwszy tydzień wakacji u babci, tam czas na maxa zorganizowany: imprezy plenerowe, wnuczki sąsiadów, działka, piesek itp. Wróciła, szybkie przepakowanie-kolonie. Powrót, zmiana ciuchów wyjazd z drugą babcią. Codziennie towarzystwo kuzynki lub koleżanek, jak jeden dzień nie miała nic zaplanowanego od rana do wieczora truła: "nudzi mi się...". Po kilku godzinach nawet świętego szag  by trafił.

Kiedy jedziemy?
Spróbuj nieopatrznie wspomnieć, że gdzieś jedziecie. Jeśli zrobisz to tydzień wcześniej, przez ten tydzień będziesz tylko słyszeć to pytanie. Jest jedno gorsze niż "nudzi mi się". Dlaczego? Proste. Nadchodzi dzień wyjazdu. Podniecenie dziecka sięga zenitu. Skacze, jak szczeniak po powrocie pana do domu. Przed wami 5 godzin jazdy i pytanie: "Kiedy dojedziemy? Daleko jeszcze?". Tak koniec tego, od września tylko szkoła.

Chcę.
Nie zauważasz, że twoje dziecko cały dzień czegoś chce? Nie żeby było zagłodzone, czy zaniedbane. Jest po prostu roszczeniowe: "Chcę lody, chcę na basen, chcę do parku linowego, chcę pojechać do kuzynki, chce do koleżanki, chcę inną sukienkę...". W którym momencie zanikło: proszę? U nas w okolicy czerwca, jakoś się zakończyło wraz z rokiem szkolnym. Dziecko na wakacjach ma wakacje od kultury. Chyba tv nieco odmóżdżyło je.

Porządek.
Taki zwykły ład utrzymujący się dłużej niż 5 min. Cieszę się, jak dziecko, z tego powodu, że przez kilka godzin dziennie nikt nie będzie przynosił piaskownicy do domu. Tyko moje biegają w butach? Nie wierzę.

 Jest opieka!
Już nie wiąże mnie  całodzienna konieczność opieki nad dziećmi. Tylko ten, kto pracuje w domu zna ból. Nie da się w takich warunkach pracować, a nocą, ślepnę nad komputerem. Od września, jak normalny człowiek będę pracowała w cywilizowanych porach. Dziećmi zaopiekują się palcówki edukacyjne. Niech żyje nowy rok szkolny!

Podobne artykuły


Cieszy cię koniec wakacji, czy wręcz przeciwnie?

                                                 


NIE OCENIAJ MNIE, GDY DRĘ SIĘ NA DZIECI.

wtorek, 15 sierpnia 2017
złą matka, kiedy mama krzyczy

         Rodzicielstwo nie jest tylko czarne, albo białe. Łatwo ocenić strzępek rozmowy, trzy słowa wyrwane z kontekstu. Kiedy matka drze się na dziecko, w myślach wyzywasz ją od najgorszych. Ona bezradnie mówi, że zostawi je lub odda do babci, od razu oceniasz ją jako złą matkę. Nie wiesz, co wyzwoliło taką reakcję, nie masz obrazu całej sytuacji, a już osądziłeś i skatalogowałeś. 500+ i patologia-w fazie osądu przyszło ci do głowy. Nie namawiam cię do ignorowania zachowań nagannych, z których wyraźnie wynika zaniedbanie, złe traktowanie czy zachowanie aspołeczne. Ale zanim pomyślisz źle o jakimś zmęczonym rodzicu, który w akcie desperacji powie dwa słowa za dużo, pomyśl, co może być tego przyczyną. 

Potrzebujesz przykładu? Poranek. Dzieci dokazują już od siódmej. Dom zmienia się w tym czasie w pole bitwy, bo nagle każda zabawka jest niezbędna do tego, by wylądować na dywanie. Pomiędzy zabawkami wesoło przebijają kawałki ciastoliny oraz lakieru do paznokci. Z klapkami za oczach przesuwam się w stronę szafy, by wyjąć dziecku ubranie. Potem mam w planie zgarnąć wszystko łopatą do śniegu i wrzucić do pudła. Pasta do zębów ląduje po kolei na wiklinowym koszu na śmieci, podłodze, szafce, umywalce i piżamie. Olać to. Podczas śniadania awantura o oglądanie bajki. Szukam jakiegokolwiek kanału z bajką nadająca się do oglądania. Zawartość pudełka z jogurtem dokładnie przykrywa pastę do zębów na piżamce, fotel, kapcie i panele. Normalka. Drugie dziecko nie chce jogurtu, za to fantastycznie smaruje kremem truskawkowym poduszki na kuchennych krzesłach. O dziwo kanapka nie spada na piżamkę, a na mnie. Kremem na kapeć. Pralka znów będzie musiała udowodnić, że nie na darmo stoi w pralni. Taka codzienność. Mycie zębów drugiego dziecka przebiega prawie bez zakłóceń. Poza drobnym wkurwem, że płyn do płukania ust się skończył, nie ma żadnego wypadku. Powtórne mycie zębów dziecka pierwszego. Bez komentarza. Zen, tafla jeziora, pełen spokój. 

Ubieranie. Jedno ubrało się prawie bez zgrzytów. Czas mnie goni, bo jadę na spotkanie. Z dziećmi. Mają jedno zadanie- godzinę nie być sobą. Nie małpować i nie być w dresach. Nie jest to wyczyn dla 5 i 11 latki. Takie dzieci już rozumieją, że nie wszędzie wypada zachowywać się, jak w parku rozrywki. Z młodszą nie ma problemu. Dostosowuje się. Starsza ma problem. Nie ta spódnica, nie te rajstopy, nie ta bluzka. Jestem ubrana spójnie, ale nie podoba się sobie. Nie ma na dresu, to jej największy ból. Niezadowolenie przeradza się w histerię i żałosny szloch. Jakbym jej kurwa nogi z dupy wyrywała. Patrzę na szopkę i pytam, o co jej właściwie chodzi? Drze się jak opętana, że głupio wygląda. Wdech-wydech. Idę się ogarnąć i wyjeżdżamy. Dwadzieścia minut później po milionie próśb o spokój i rozdarciu się na nią, ta dalej beczy. 

Wszelkie błagania o to by skończyła nie przynoszą rezultatu. Wpadła w swoją pętlę szaleńczego wymuszania. Przypomnę, lat 11. Szlag mnie trafia i drę się tak, jak ona. Świętego by wyprowadziła z równowagi. To typ, który na prośby o zamilknięcie jeszcze dwie godziny później wyje i przypomina, że ma swoją rację, której oczywiście nie ma. Wdech-wydech. Wychodziły. Ona nadal wyje. Nie ma jeszcze dziewiątej, a ja chcę wracać do łóżka. Sama. Bez dzieci. Zawodzi po drodze, mimo wyraźniej prośby by przestała. Jestem mistrzynią w wyłączaniu się. Po latach ciągłego szantażowania mnie histerią umiem się odciąć. Przestaję słyszeć, co dzieje się wokoło. Mija godzina. Wyła o to, że zamiast spódnicy chce sukienkę, tę, która nosiła wczoraj i wrzuciła do kosza na brudną bieliznę. Po powrocie przebiera się w dres. 

Przykład drugi. Pięciolatka wstaje rano by pobawić się ciastoliną. Ciastolina jest wszędzie. Luz wyschnie, to się odkurzy. W sensie odkurzę. Po wyklejeniu pościeli, dywanu i ścian przyszedł czas na kwiatki. Udaję, że nie widzę i skreślam kolejny dzień w kalendarzu, czekając na dzień, w którym wyprowadzi się do siebie. Wchodzę do łazienki. Kubek do mycia zębów, umywalka, podłoga i kosz na bieliznę są wymalowane lakierami do paznokci. Zamykam drzwi i wołam męża. Mnie nie wyjdzie na dobre oglądanie tego spustoszenia. Idę do kuchni. Błąd. Ona już tam była. Robiła śniadanie. Jogurt spływa po szafce. Ok, luz. Taka codzienność. Wołam ją, by tylko zabrała z salonu zabawki. Ma 5 min inaczej wszystko pakuje do śmieci. Sprząta. Ubieramy się. Zaczynamy czesanie włosów. Zanim dotknę szczotki płacz. Piętnaście sekund później wycie. Czeszę ją szczotką z włosia dzika, delikatnie. Ona i tak wyje, jakbym ją ze skóry obdzierała. Codziennie. Gdybym mieszkała w bloku, chyba sąsiedzi wzywaliby policję. 

Przykład trzeci. Kolejna nieprzespana noc. Zmęczenie poziom hard. Ktoś ukradł nam rower, zepsuła się pralka, przyszedł rachunek za prąd, mam wezwanie do szkoły, a chłop dzwoni z roboty, że mamy niespodziewany remont auta. Życie. Dzieci się kłócą. Starsza zniszczyła wszystkie ściany, ucząc stawać się na rękach, młodsza doprawiła je lakierami do paznokci. Wdech-wydech. Ktoś wypuścił naszego psa. Jest duży. Telefon z gminy, że było zgłoszenie, że łazi po wsi. Mam go odłowić. Dziewczyny się kłócą o pilota. Drugi pies dostaje szału, bo chce biec za pierwszym. Starsze dziecko oznajmia, że rujnuję jej życie, bo kupiłam ołówek z fioletowym kamykiem, a miał być z niebieskim. Młodsza nie może znaleźć piórek i wszystko wyrzuca, przeszukując najgłębsze zakamarki. Tatuś próbuje ratować sytuację, ale nie radzi sobie z ogólną histerią. 

Przykład czwarty. Koleżanka przywiozła rzeczy po córce. Ode mnie bierze rzeczy po starszej dla swojej. Listonosz przynosi pismo w gazowni. Natychmiast muszę zadzwonić, by wyjaśnić sprawę. Po 20 minutach oczekiwania udaje mi się połączyć z konsultantem. W tej chwili wpada do domu moja młodsza córka z dzikim wrzaskiem, że pies zjada jej kanapkę. Koleżanka, widząc moje błagalne spojrzenie, próbuje ją uciszyć. To wyzwala atak histerii. Po 10 min rozmowy z panią na infolinii dowiaduję się, że muszę osobiście jechać, bo mam złożyć dokumenty w punkcie. Mała nadal wrzeszczy. Pytam, o co chodzi? Pies zjadał kanapkę, ciocia dała druga, ale problem jest w tym, że nie dałam znaku, że wiem o tym. Koleżanka zrezygnowana jedzie do domu, ciesząc się, że jej dzieci są bezproblemowe. 

Cztery odrębne historie. Teraz wyobraź sobie, że to jestem z moich ostatnich dni, do południa. Potem było tylko gorzej. Zazwyczaj tak jest. Teraz wyobraź sobie, że wiesz, co się u mnie działo i spotykasz mnie wieczorem na placu zabaw lub zakupach. Oczywiście z dziećmi. Dziewczyny się kłócą, ja szukam w necie kogoś, kto naprawi pralkę. Nakazuje im się uspokoić i dać mi spokój! Rozumiesz mnie, prawda? A teraz wyobraź sobie, że widzisz mnie 1,5 minuty. Czytam coś w necie, a dzieciom każę się ode mnie odczepić, bo nie mam czasu. Już przypiąłeś mi łatkę. Nie zawsze ogólny obraz wygląda tak, jak to widzisz. Tym bardziej że młodsza właśnie zaczęła wyć, bo powiedziałam, że nie kupię jej kolejnego lizaka. Zanim ocenisz, pomyśl, co mogło wyzwolić reakcję rodzica. 

Lubisz już mnie? Polub
                                                      
Znasz podobne sytuacje? A może sama źle oceniłaś?




PODOBNE ARTYKUŁY

20 lat temu po raz pierwszy zostałam mamą. Byłam młoda niedoświadczona i mimo wszystko pewna, że sobie poradzę. Miałam 19 lat i trzy i pół kilo człowieka na rękach. Pierwszy szok przeżyłam, kiedy miałam wprowadzić wózek na schody do bloku. Stromy wjazd, wysoki, na jakieś dwa metry. By mały nie wypadł, wprowadziłam wózek tyłem, ciągnąc go na dwóch kołach. Potem już tylko w ten sposób wprowadzałam i sprowadzałam. Krawężniki były bardzo wysokie, nawet te przy przejściach dla pieszych. Podczas próby podjazdu wózek stawał dęba. Nauczyłam się wprowadzać wózek jedną ręką, a drugą trzymałam dziecko, żeby nie wypadło. Na spacery zabierałam wodę w termosie, odmierzone mleko w proszku i butelki. W osobnej buteleczce herbatkę. Dopajanie dziecka od pierwszych dni życia było standardem. Nie byłam gotowa na własne, dorosłe życie, mimo to, byłam odpowiedzialna za drugiego człowieka... czytaj dalej


Znasz to uczucie, kiedy widzisz upragnioną niespodziankę, wyjeżdżasz na urlop lub na horyzoncie majaczy wolny weekend? Witasz się z gąską, a tu dupa. Z niespodzianki nici, pogoda nie dopisała, a wolny weekend zmienił się w nadrabianie zaległych zleceń. Albo gorzej. Budzisz się o poranku, po imprezie życia. Kac morderca próbuje cię dobić. Cykanie zegara rozsadza ci czachę. Latająca mucha zbyt głośno bzyczy. Nagle twoje egzystencjonalne rozważania przerywa wiertarka udarowa. 8.00 sąsiad zaczął remont. Równolegle odbywa się równanie trawy kosa spalinową. Siedzisz w kącie, złorzecząc na los. A miało być tak pięknie. W chwili przebłysku jasnej myśli spytasz zapewne, co to ma wspólnego z rodzicielstwem? Bardzo dużo, a jednocześnie nic... czytaj dalej