MATKO, WYLUZUJ

                 

                       Dzieci do szkoły i przedszkola, mąż do pracy. Pranie, prasowanie, parowanie miliona skarpetek, sprzątanie, gotowanie, pęd do perfekcji. Dzieci czyste, najedzone, w odprasowanych ubrankach. Lekcje poodrabiane, lektury przeczytane, odmiana przez przypadki wyuczona, nawet dzielenie z resztą wytłumaczone. Antybiotyki taśmowo powydawane, inhalacje kontynuowane, soki z porzeczki i jeżyny prawie wypite. Zioła parzone jedne po drugich, bo kolejka do nich długa. Dla każdego, co innego. Dopiero dziewiąta rano, a mam wrażenie, że już późne popołudnie. W sumie przy takiej ilości wykonanej pracy tak by wypadało. Co dalej? Po nocnych rewolucjach oraz gorączce dwie zmiany pościeli do prania, dwie kołdry, cztery poduszki. Ręczniki na dwa rzuty. Pralka majtek i skarpetek. Reszta poczeka do jutra. Dzwonek do drzwi, kurier. Zmywarka załadowana, czas ją nastawić.  Cholera! Wyłączyli prąd. Powrót do przeszłości, zamiatanie domu, zamiast odkurzania. Mycie podłogi, ścieranie kurzy. O, jest prąd. Gaba wciąż woła pić, niedobrze, gorąco, zimno. Biegam między kuchnią, łazienką, jej pokojem, dzwonkiem do drzwi, a piwnicą. Dochodzi dziesiąta. sprawdzam maile. Na szybko odpisuję. Dzwonek do drzwi, listonosz. Biegnę do piwnicy, rozwiesić pranie i nastawić kolejne. Gaba znów ma gorączkę. Zbijam syropem i okładami. Po czterdziestu minutach poci się. Prysznic, zmiana piżamy. Pies szczeka nad miską. Przy okazji karmię szynszyle. Dzwonek do drzwi...

                   Matko! Mam jeszcze tyle pracy, a  zaraz muszę Marcina do pracy wyprawić! Szybki mix szpinaku z bananem, koktajl gotowy. Do torby pakuję mu śledzika na raz i jabłko. Trudno, Taki klimat. Dzwonek do drzwi, kurier. Biegnę przy okazji sprawdzić czas prania. Jeszcze ze dwadzieścia minut. Siadam do maili. 3/4 ląduje w spamie. Nastawiam żelazko, ta fura rzeczy jednak musi wylądować w szafach. Przebieram je. Nie jest źle, tylko kilka do prasowania, reszta ujdzie. Gaba woła pić. Oszaleję. To trwa już ponad miesiąc! Najpierw jedno chore, potem drugie, ja, znów pierwsze, teraz Gaba. Nie dam rady. Mam dość. Wróćmy do początku wpisu. Poranny kocioł ze śniadaniem, Marcin odwozi Melę. W tym czasie szybko się odświeżam, makijaż, włosy-zajmuje mi to 15 minut. Kiedy wraca, jestem w dżinsach, zamiast w dresie,

               Lekcje, szkoła, bla, bla, bla. Zrobione na tyle, na ile dała radę Gaba. Mela w przedszkolu, mam czas do 15-tej. Gaba ma wodę w termosie i soki w kubkach, na chwilę jej wystarczy. Pies nakarmiony, wybiegany. Kulki oporządzone, nawet wybawione przez Gabę. Koktajl zrobiony rano w większej ilości. No co? Mi też coś się od życia należy. Kiedy dochodzi 11-ta zwalniam. Pozwalam sobie na czas dla siebie. Wyciągam z tajemnego miejsca kilka ciastek, które kupiłam na wagę. Układam je misternie. Robię sobie zbożową kawę. Nie lubię mleka, ale spienione do kawusi toleruję. Wybieram filiżankę. Mam ich całą szafkę. Siadam spokojnie delektując się widokiem. Dzwonek do drzwi odpięłam z kontaktu, kurier zostawi paczkę na werandzie. Siadam i gapię się na ciastka, jak sroka w gnat. Zjem jedno lub wszystkie. Jeszcze nie zdecydowałam. Lista spraw do zrobienia ciągnie się niczym star guma w gaciach. Spokojnie, nie wszystko na raz. Mam tylko dwie ręce.

             Jeśli pościel nie wyschnie, będziemy spać pod kocem. Z ręcznikami luz, mamy jeszcze kilka w zapasie. Dom i tak jest zbyt czysty, jak na czas chorób, psa i szynszyle w domu oraz dziki tłum mieszkańców. Olewam pucowanie blatów. Dziś nawet nie położę narzuty na łóżko. Kto to zobaczy? Po jaka cholerę codziennie układam te narzuty, milion poduszek i zamykam za sobą drzwi do wieczora? Dziś odpuszczam. Siadam do kawy i nic nie robię. Mam chwilę dla siebie. Patrze na moją listę. Na czerwono zaznaczam rzeczy pilne, reszta poczeka. Napełnia mnie spokój. Odpuściłam. Ostatni miesiąc dał mi w kość. Poza problemami zdrowotnymi, nawarstwiło się kilka innych. Za dużo wzięłam na siebie, choć w sumie kto poza mną to zrobi?  Postanowiłam nie szaleć z perfekcją.
Brudny kubek w zlewie nie czyni ze mnie złej gospodyni. W dniu, w którym powiedziałam sobie "matko, wyluzuj" poczułam się wolna. O wiele przyjemniej pracuje się, gdy się chce, a nie musi.









Lubisz już mnie? Polub
                                                      





CONVERSATION

12 komentarze:

  1. Ach, te ciastka! ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak patrzę i czytam, i nie wierzę. Jak można tyle rzeczy zrobić w tak krótkim czasie. Po przeczytaniu kawałka myślałam, że to już 22ga, a to dopiero 10ta. Nadajesz się na perfekcyjną panią domu, kurczę pieczone, w mordę jeża, stara już jestem, nie ogarniam Twojego tempa, zazdroszczę Twojej energii... Trzymaj się kochana :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Całe życie w biegu. Dlatego męczą mnie ludzie, którzy z natury są flegmatyczni ;)

      Usuń
  3. Heh, mam podobny problem z odpuszczaniem i odpowczywaniem. Zdrówka dla Was.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzeba znaleźć równowagę, bo można nie wyhamować ;)

      Usuń
  4. BrawoTy👏...normalnie jakbym czytała o sobie 😄 i ta przerwa na kawę i fotę...o to to to...coś nam się od życia należy🙈

    OdpowiedzUsuń
  5. BrawoTy👏...normalnie jakbym czytała o sobie 😄 i ta przerwa na kawę i fotę...o to to to...coś nam się od życia należy🙈

    OdpowiedzUsuń
  6. czy mama 2 miesiecznego dziecka tez moze sobie wyluzowac? pytam bo nie wiem jak to mozna zrobic :D sadzilam ze początki są trudne, ale czytając co napisałaś to chyba powinnam sobie się z tego cieszyć :D

    OdpowiedzUsuń
  7. Faceta nauczyć niech sam gotuje, jak mama w takie dni taka zapracowana <3

    OdpowiedzUsuń
  8. Hey Bożenko:-) świetny blog, trafiłam tutaj przypadkiem ale już widzę że na pewno będę gościła u Ciebie częściej. Bardzo podoba mi się Twoje podeście do życia, powyższy wpis szczególnie przypadł mi do gustu:) Ostatnio również zdałam sobie sprawę, że czysty dom to nie wszystko. Dążenie do idealności za wszelką cenę, za cenę naszego zdrowia, snu ect. to mocna przesada. Ostatni weekend spędziłam na leniuchowaniu, najpierw było mi z tym źle ale potem poczułam jak czuje się wspaniale "nic nie robiąc". Obiad kupiliśmy w pobliskim barze i wcale nie miałam poczucia że jestem z tego powodu złą matką:) Polecam wieczorny kubek gorącej czekolady, pójście na jakieś tańce i poczucie się "wolna" no i oczywiście zakupy to to co odstresowuje mnie najbardziej ;) Spódnica z Yups poprawiła mi humor. Pozdrawiam Cie serdecznie i do usłyszenia :-)

    OdpowiedzUsuń

To miejsce dla ciebie,
ale zanim skomentujesz pamiętaj, że ten blog to w dużej mierze ironiczne spojrzenie nie tylko na macierzyństwo, pokazane ze specyficznym może, ale jednak poczuciem humoru.