wielki festyn u nas we wsi

Dzień mamy, odpust, Dzień Chynowa zbiegły się jakoś do klupy. Święto od rana miałam, dzieci zadbały ,żeby matka zanim oczy otworzy prezent pod nosem już miała. W  sumie był czas przywyknąć do pobudek z bladym świtem ,więc nie wiem czemu sie jakoś nie przyzwyczaiłam. Leniwy, choć hałaśliwy poranek minął zbyt szybko Niedzielną mszę urozmaicały śpiewy i głośna muzyka z placu obok, próby naszego gimnazjalnego zespołu okazały się być bardziej zrozumiałe niż dzisiejsze kazanie ( jakieś nieporozumienie - ale to temat odrębny ). Po szybkim objedzie popędziliśmy z dziećmi na karuzelę ( taka rodzicielska złośliwość, nakarmić - doprowadzić do mdłości ). Plac szkolno=-parafialny usiany był nęcącymi dzieci strganami, atrakcji typu karuzele,czy zjeżdżalnie w tym roku jakoś cię "okociły " - dobrze, że wcześniej ustaliliśmy z gabi, że może wybrać 4 zabawy. Namiot Mama Cafe czekał z gimnazjalistkami chętnymi do pomagania dzieciakom w robieniu laurek,niestety nie przewidziałam jego umiejscowienia ( ale za rok zrobimy inaczej - już jestem mądrzejsza o o doświadczenie :)))

Gabi bawiła się świetnie :)))



                        Tatunio preferował bezkolizyjną jazdę ( no umie sie chłopina bawić ;)



CONVERSATION

2 komentarze:

  1. fajnie ,że choć raz w roku przyjeżdża wesołe miasteczko i dzieciaki mogą się wyszaleć :)

    OdpowiedzUsuń

To miejsce dla ciebie,
ale zanim skomentujesz pamiętaj, że ten blog to w dużej mierze ironiczne spojrzenie nie tylko na macierzyństwo, pokazane ze specyficznym może, ale jednak poczuciem humoru.